Reklama

Byliśmy na dworcu we Wrocławiu. Stamtąd uchodźcy trafiają m.in. do Gostynia

Opublikowano: Ostatnia modyfikacja:
Autor:

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Dworzec Główny we Wrocławiu. Niedziela, 6 marca. Wieczór wydaje się zwyczajny, a jednak klimat na holu głównym dworca jest wyjątkowy, wzruszający. Nie powinno tu być tych dzieci, siedzących na poduszkach, wciśniętych w pośpiechu do dużej plastikowej torby. Nie powinno tu być tej zmęczonej mamy, próbującej uśpić z maleństwo w wózku...

Jednak to nie jest zwykła, marcowa niedziela na dworcu głównym PKP we Wrocławiu. To jedenasty dzień walki Ukrainy z armią rosyjską. Sąsiedzi za wschodniej granicy bronią zaciekle Kijowa, Charkowa i innych ziem. Ich dzieci, matki i żony uciekają z płonących miast i trafiają za granicę. Głównie do Polski.

Z pociągów wysiada mnóstwo podróżnych. Z walizkami i innymi bagażami. Na pierwszy rzut oka normalny ruch dworcowy, może trochę większy niż zwykle. Dopiero potem zaczynamy rozumieć, że tutaj dzieje się coś niezwykłego, strasznego. W hali i na peronach rozgrywają się setki dramatów. Kiedy przyjrzymy się bliżej, zauważymy, że wśród podróżnych dominują ci, którzy mówią po ukraińsku. Przeważają kobiety z dziećmi. W głównym holu mnóstwo wolontariuszy, w żółtych kamizelkach. Chętni do bezinteresownej pomocy. Część z nich pracuje jako tłumacze. 

Młoda dziewczyna przyjechała z Dniepropietrowska kilka dni temu. Najbliższych zostawiła w domu. Ma tylko psa. 

- Siostra jest w ciąży, brat powiedział, że przyjedzie za tydzień - wyjaśnia mieszkanka Dniepra. - U nas jest strasznie, żołnierze atakują samochody, szerzy się dywersja - dodaje.

DALSZA CZĘŚĆ TEKSTU POD FILMEM

Każdy z uchodźców przywiózł swoją historię, tragiczną opowieść.

Nie chcieliśmy opuszczać naszego miasta, Ukrainy. Wytrzymaliśmy dziewięć dni, ale najmłodszy synek przestał jeść, spać, a potem przestał się odzywać. Wtedy podjęliśmy decyzję o ucieczce z tego piekła - mówi samotna matka trojga chłopców.

Sporo ludzi zabrało ze sobą ulubione zwierzęta. Niosą je na rękach, prowadzą na smyczy.

Zabraliśmy naszego psa, bo jest dla nas jak rodzina. Nie mogliśmy go zostawić - mówi kobieta, która w piątek opuściła Kijów z dziećmi i psem. - Duża część miasta jest zniszczona, ostrzelana - opowiada ze łzami w oczach.  

Każdy z naszych rozmówców prosi, żeby przekazać podziękowania Polakom, którzy spontanicznie, od serca i bezinteresownie, każdego dnia udzielają im pomocy, rady i otuchy.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy