- Zapach murawy i echa dawnych zwycięstw
- Nowy obiekt, dawne emocje
- Od Concordii do Krobianki: gdy owce "kosiły" murawę
- 11:0 do przerwy i uciekający bramkarz
- Zjednoczeni: III liga i „Złote Widły”
- Przegrana "z wiochą" i dwumecz z niedoszłym uczestnikiem Puchar Zdobywców Pucharów
- Sokół: najpierw był... kort do tenisa
Zapach murawy i echa dawnych zwycięstw
Spotkanie międzypokoleniowe byłych zawodników, trenerów i działaczy trzech klubów z Krobi, Pudliszek oraz Chwałkowo, było czymś więcej niż tylko towarzyskim zjazdem. To była żywa lekcja historii, zapisana na starych fotografiach i w sercach ludzi, dla których piłka nożna była – i jest – najważniejszą z rzeczy nieważnych.
Dlatego nie może dziwić, że na kilka godzin upragniony także przez piłkarskie legendy Krobianki, Zjednoczonych oraz Sokoła, nowoczesny stadion piłkarskie w Krobi stał się areną niezwykłe w wydarzenia.
Tym razem jednak zamiast dźwięku gwizdka rozpoczynającego mecz, jak choćby ten historyczny sprzed kilku tygodni, gdy Krobianka po raz pierwszy podejmowała przeciwnika na nowym obiekcie, dało sie słyszeć gwar wspomnień, a zamiast walki o punkty – uściski dłoni ludzi, którzy przez dekady budowali fundamenty sportowej tożsamości gminy.
DALSZA CZEŚĆ ARTYKUŁU POD ZDJĘCIEM - KLKNIJ, żeby PRZECZYTAĆ FOTOREPORTAŻ
Nowy obiekt, dawne emocje
Inicjatorami tego niezwykłego wydarzenia byli "odznaczający się pięknymi piłkarskimi rodowodami" Mariusz Duda oraz Marcin Krzyżostaniak, których ojcowie tworzyli historię krobskiej piłki właśnie na boiskach.
Przewodniczący krobskiej rady miejskiej i wiceburmistrz z nutką nostalgii odwołał się do czasów, gdy futbol miał zupełnie inny wymiar.
- Dla nas to jest taki powrót do czasów dzieciństwa lat 70. i 80., gdy piłka nożna inaczej pachniała. Tak jak żużel w Lesznie – kiedyś wjeżdżało się do miasta i czuło się ten spalony olej. Dzisiaj to wygląda inaczej. A przecież sam papież Jan Paweł II mówił, że "z tych wielu rzeczy nieważnych najważniejsza jest piłka nożna". To pokazuje jej znaczenie w świadomości Polaków - mówili M. Krzyżostaniak i M. Duda.
Włodarze przywołali również tekst piosenki Andrzeja Boguckiego „Trzej przyjaciele z boiska”, podkreślając, że choć Krobia, Chwałkowo i Pudliszki nieraz ze sobą rywalizowały, to w tym dniu wszyscy byli jedną, wielką sportową rodziną.
Od Concordii do Krobianki: gdy owce "kosiły" murawę
Dzieje najstarszego klubu w gminie przywołał jego były prezes Jerzy Giernalczyk, który cofnął się pamięcią aż do czasów przed- i powojennych, gdy na boiskach królowała "poprzedniczka" Krobiankia - Concordia Krobia.
- To są czasy, o których mało się mówi gdy na boisku biegali między innymi bracia Musielscy - to była drużyna, na którą nie było mocnych. Czasy, gdy przez środek boiska prowadziła ścieżka, którą ludzie z ulicy Kobylińskiej chodzili na cmentarz. Trawy się wtedy nie kosiło, bo gospodarz z rynku miał owce i zawsze je tam pędził, żeby się pasły - przypominał początki obecnej LZS Pinsel-Peter Krobianki Krobia wieloletni prezes.
Jerzy Giernalczyk z humorem wspominał brak szatni (rozbierano się pod drzewem lub w ciężarówkach), kwadratowe słupki bramek i „prysznice”, którymi była ręczna pompa wodna. Mimo tych spartańskich warunków, Krobianka odnosiła sukcesy, jak chociażby zdobycie Pucharu Ekspresu Poznańskiego czy mistrzostwa okręgu leszczyńskiego przez juniorów.
11:0 do przerwy i uciekający bramkarz
Niezapomnianą anegdotę przytoczył były obrońca/pomocnik Krobianki Waldemar Rutkowiak, wspominając mecz z pierwszym zespołem potężnego Zagłębia Lubiń na przełomie lat 80-tych - mieszkańcy Krobi z pewnością lepiej pamiętaj występ oldboy'ów klubu z Dolnego Śląska, który z okazji 700-lecia lokacji miasta rozegrał mecz pokazowy na boisku przy ulicy Ogród Ludowy.
Tymczasem współpraca obu klubów kwitła od lat za sprawą Zdzisława Giernalczyka, brata J. Gernalczyka i ówczesnego kierownika Zagłębia, który w latach 1978 - 1979 zaprosił piłkarzy Krobianki "na sparing" do Lubinia.
- Do przerwy było 11:0. My wysiedliśmy z Żuka cali poskręcani, a oni z autobusu, prosto po saunie. Więc jak wyszli na rozgrzewkę, to wyglądali jak stado biegających jeleni. Byliśmy przerażeni! W drugiej połowie sędzia zaczął nam sprzyjać, gwizdał im spalone, których nie było... Skończyło się 17:1, ale strzeliliśmy honorową bramkę, więc nie był to całkiem wstyd - śmiał się W. Rutkowiak.
Boiskowemu "Puckowi" w pamięć zapadł jeszcze jeden moment spotkania.
- Brat pana Jurka, ostrzegał nas przed rzutem rzutami wolnymi, bo grał w Zagłębiu zawodnik Biegun [Marek Biegun - przyp. red], który przyszedł do Lubinia z GKS-u Katowice. Miał piekielne uderzenie. No i gdy przyszło do wolnego z około 25-30 metrów, to wszyscy przykrywaliśmy "czułe miejsca" i schylaliśmy głowę, bo słyszeliśmy, że może wpaść do bramki prędzej niż piłka. I rzeczywiście, jak futbolówka przeciała nad nami to, jakby przeszedl huragan. Na szczeście piłka odbiła się od poprzeczki i wyleciała z powrotem na boiska. Ale nasz bramkarz Jurek Kordek uciekł z bramki - rozbawił ponownie całą salę były piłkarz Krobianki.
DALSZA CZĘŚĆ ARTYKUŁU POD GRAFIKĄ - KLIKNIJ, żeby PRZECZYTAĆ ARTYKUŁ
Zjednoczeni: III liga i „Złote Widły”
Kolejny rozdział historii napisał Adam Olejniczak, honorowy prezes Zjednoczonych Pudliszki, który funkcję tę pełnił przez ćwierć wieku. Jego wspomnienia to opowieść o budowaniu klubu na styku sportu i wielkiego przemysłu rolno-spożywczego.
- W 1970 roku zostałem prezesem. Naszym sukcesem było zaangażowanie dyrektorów kombinatu i sekretarzy, co pomagało w organizacji. Od 1975 roku robiliśmy "bal sportowców", które dawały fundusze na działalność. Moim marzeniem był stadion i on powstał. Dla mnie jednak priorytetem zawsze była nauka – sprawdzałem wyniki naszych zawodników w szkołach średnich - zdradzał A. Olejniczak, którego karierę sportową przekreśliła wcześnie odniesiona kontuzja.
O złotych latach Zjednoczonych, które przypadły na dekadę 1980-1990, mówił trener Stanisław Roszyk. To pod jego wodzą zespół w 1982 roku awansował do III ligi centralnej.
- Byliśmy pierwszym zespołem ze zrzeszenia Ludowych Zespołów Sportowych w Polsce, który wywalczył ten awans. To był trudny czas – stan wojenny, przemiany społeczne. Mimo to nie brakowało nam niczego, nawet obozy mieliśmy w Lądku, Karpaczu czy Ciołkowie, gdzie rowerami jeździliśmy na treningi - podawał trener.
Przegrana "z wiochą" i dwumecz z niedoszłym uczestnikiem Puchar Zdobywców Pucharów
Relacje bezpośrednio z murawy "zdał" Leszek Hądzlik, jeden z najlepszych i najdłużej grających zawodników w całej historii klubu (lata 1969 - 1994), który "buty na kołku" zawiesił w wieku 42 lat.
- W III lidze siłą rzeczy musieliśmy zapłacić "frycowe", gdyż my normalnie pracowaliśmy, a graliśmy z zawodowcami. Ale trzeba powiedzieć, że graliśmy także bardzo dobre mecz, jak podczas zwycięstwa 3:0 z Lechią Zielona Góra. Po tym spotkaniu piłkarze z Zielonej Góry przez tydzień nie mogli się pokazać na mieście, bo przegrali "z wiochą'" - opowiadał wieloletni zawodnik Zjednoczonych.
Nie tylko byłemu pomocnikowi/napastnikowi, ale także kibicom z Pudliszek jeszcze bardziej wrył się w pamięć dwumecz z Czarnymi Żagań - legendarnym finalistą Pucharu Polski z roku 1965, który stawił czoła Górnikowi Zabrze i wywalczył sobie nawet prawo startu w Pucharze Zdobywców Pucharów 1965/1966.
- Tak sie nieszczęśliwie złożyło, że w Pudliszkach był remont boiska i graliśmy w Ciołkowie. Nigdy nie widziałem tam tylu kibiców - około 2000 ludzi, boisko otoczone linami, a myśmy prowadzili 2:1 do ostatniej minuty. Sędziował nam wybitny sędzia międzynarodowy Marian Kustoń. Po meczu nawet zażartował: "Gdybym wiedział, że wam zależy na wejściu, to bym tego wolnego nie podytkował". W rewanżu pojechaliśmy do Żagania. Tam pełna trybuna, to był jeszcze stadion przedwojenny mieszczący 3-4 tysiące kibiców. Niestety nie mieliśmy napastników, bo ani grający na szpicy Geniu Mendyka, ani Rysiu Kociemba nie pojechali i przegraliśmy 2:0. Ale to była bardzo honorowa porażka i duża przygoda. Czarni nawet przymierzali się, żeby nas usatysfakcjonować, żebyśmy się łatwiej poddali, ale myśmy tak nie potrafili w związku z tym wyszło, jako wyszło - podsumował Leszek Hądzlik.
Zjednoczenie Pudliszki rywalizowali także w swoich najlepszych latach m.in. o Puchar Wojewódzkiego Związku Państwowych Gospodarstw Rolnych tzw. "Złote Widły" czy w Pucharze Gospodarki Żywnościowej.
DALSZA CZEŚĆ ARTYKUŁU POD ZDJĘCIEM - KLIKNIJ, ŻEBY PRZECZYTAĆ FOTOREPORTAŻ
Sokół: najpierw był... kort do tenisa
Historie najmłodszego z klubów, Sokół Chwałkowo opowiedział prowadzący drużynę od wielu lat Sławomir Gintowt. Jego opowieść to dowód na to, że pasja potrafi przenosić góry - i to dosłownie, bo boisko w Chwałkowie powstało niemal całkowicie w czynie społecznym.
- Zarejestrowaliśmy Sokoła w 1992 roku. Nazwa nie była przypadkowa - chcieliśmy kontynuować tradycję przedwojennego Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół". Zdążyliśmy to zrobić jeszcze za życia trzech dawnych członków tamtej organizacji. Najpierw zbudowaliśmy kort tenisowy, potem boisko. Jedynym kosztem i naszym marzeniem była mączka ceglana, reszta to praca rąk kilku zapaleńców - tłumaczył
S. Gintowt podkreślił, że Sokół zawsze był azylem dla tych, którzy kochali grać, niezależnie od tego, skąd pochodzili.
- Czasy dla sportu są trudne, pasjonatów coraz mniej, dlatego nie wolno nam zapomnieć o tych ludziach - podsumował.
W czasie 34-letniej historii klub zostawił swój ślad nie tylko na boisku - największy sukces to awans w 2019 roku do klasy okręgowej, ale także poza nim.
W ramach swojej działalności z okazji Mistrzostw Europy w 1996 roku działacze Sokoła zorganizowali dwudniowy turniej Euro 96 dla 10-latków z całego regionu leszczyńskiego (udział wzięło 16 zespołów) czy kontynuującę tę tradycję w 2018 roku mini mistrzostwa świata.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.