Niemiecki unikat z 1962 roku
Po przyjeździe na Święta Górą, gdzie na specjalnie przygotowanym polu wszystkie pojazdy ustawiały się w rządkach, aby przybyli mieszkańcy i goście mogli je podziwiać w ramach wystawy zainteresowanie rzeszy obserwatorów od razu wzbudził pojazd, który z Krobi przybył Przemysław Przybylski wraz z synem Franciszkiem.
– Wstaliśmy o godzinie 5:00, wyruszyliśmy z Krobi o 6:30, zatankowaliśmy i dotarliśmy na miejsce w Grabonogu na godzinę 9.00 – relacjonował przygotowania do dożynkowego wyjazdu mieszkaniec Krobi.
A co właściwie mogli podziwiać zwiedzających wystawę?
– Jest to niemiecki nośnik narzędzi Schmotzer Rekord Kombi z 1962 roku, który zakupiliśmy przez Internet w Niemczech. Mamy go od miesiąca, a dwa tygodnie temu mieliśmy przyjemność gościć właściciela tego pojazdu, który do nas przyjechał, bo musieliśmy go uruchomić i był ciekawy jak on pracuje, więc nas odwiedził - wyjaśniał specyfikę maszyny oraz techniczne detalei historię sprowadzenia pojazdu jego nowy właściciel.
DALSZY CIĄG ARTYKUŁU POD GRAFIKĄ - KLIKNIJ, żeby PRZECZYTAĆ FOTOREPORTAŻ
To właściwie nie jest traktor, a jak już, to warzywniczy
Jak zaznacza pan Przemysław, pojazd nie jest typowym ciągnikiem rolniczym, lecz uniwersalną maszyną przygotowaną do prac warzywniczych.
– Jest to pojazd wolnobieżny, mający różne zastosowania głównie do warzyw: może tu być sadzarka do ziemniaków, a najczęściej w tych modelach wychodziły jakieś obradlacze czy siewniki do zboża - dodaje pasjonat.
Ciekawostką jest fakt, że ciągnik zachował tabliczkę z danymi pierwotnego właściciela. W Niemczech nieodrestaurowane i niezarejestrowane pojazdy wolnobieżne muszą posiadać oznaczenie zawierające imię, nazwisko i miejsce pochodzenia. Maszyna od nowości należała do rodziny niemieckiego sprzedawcy – zakupił ją jego dziadek.
Jak słyszymy, pan Przemysław nie planuje go odrestaurowywać swojego traktora:
– Zostanie w takiej konfiguracji, jak widać, nie będę nic malował, tylko muszę pewne rzeczy uszczelnić i doprowadzić do stanu używalności. Ale na pewno przydałaby się szybsza skrzynia biegów, bo jak można było zauważyć podczas parady, wszystkie pojazdy nas tu wyprzedzały. Ale z drugiej strony taki urok tego pojazdu, a prędkość nie ma tutaj znaczenia. Przyciąga swoim wyglądem i odróżnia się od innych pojazdów – dodał z uśmiechem.
DALSZA CZĘŚĆ ARTYKUŁU POD MATERIAŁEM FILMOWYM
"Najszczęśliwszy samochód na świecie", które... odpadł tłumik
Z kolei Michała Berdychowskiego - właściciela lśniącej, białej Syreny 105 L z 1980 roku na wystawie można było spotkać tłumaczącego historię swojego auta... spod samochodu.
– W drodze tutaj pękła mi guma od tłumika i spadł tłumik. Ale już kończę naprawę. Na szczęście Syrena ma ich trochę więcej [gum podtrzymujących tłumik - [przyp. red.] i miałem w zapasie. I do domu na pewno dojadę – żartował pan Michał.
Ale zaraz po naprawie, do której, jak mówił właściciel "przydała się nawet suknia żony" od razu zaczął opowieść o tym, jak 14 lat jest wszedł w posiadania "syrenki", która obecnie wygląda, jakby dopiero co opuścił taśmę produkcyjną.
– Udało mi się ją kupić w fajnym stanie, także nie było dużo prac blacharskich, trochę lakierniczych, chociaż fakt, że robiłem ją od podstaw – opowiada pan Michał.
DALSZY CIĄG ARTYKUŁU POD GRAFIKĄ - KLIKNIJ, żeby PRZECZYTAĆ
„Wie pan co, mogę sobie usiąść w niej na chwileczkę?”
Dla właściciela Syreny każda przejażdżka tym kultowym autem to wyjątkowe emocje i wywoływanie uśmiechu na twarzach przechodniów oraz innych kierowców:
– To jest najszczęśliwszy samochód na świecie. Naprawdę, gdzie bym nie jechał, to wzbudza cały czas uśmiech. Każdy mi kiwa, każdy się uśmiecha. Miałem raz sytuację, gdy stałem na parkingu, że przyszedł starszy pan i zapytał: „Miałem taką samą. Wie pan co, mogę sobie usiąść w niej na chwileczkę?”. Często też słyszę: „Ech, wywiozłem taką na złom, teraz byłbym bogaty” – wspomina właściciel.
Michał Berdychowski mówi, że nie po raz pierwszy wziął udział w dożynkowym przejeździe na Świętą Górę. Dołączył do parady już po raz kolejny, kultywując inicjatywę zapoczątkowaną kilka lat temu przez Jana Marcinkowskiego.
KLIKNIJ ZDJĘCIE, żeby PRZECZYTAĆ ARTYKUŁ
Komentarze (0)