Reklama

Kaletnik lubiąca wyzwania

Opublikowano: pt, 6 gru 2019 12:17
Autor:

Kaletnik lubiąca wyzwania - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Kultura

Swój zakład krawiecko-kaletniczy prowadzi przy ul. ks. Olejniczaka w Gostyniu od dziesięciu lat. Z pasji i chęci robienia codziennie czegoś innego. Lubi kontakt z ludźmi, a kaletnictwo to niejedyny jej zawód. - Uczyłam się też jako pracownik administracyjno-biurowy, ale to nie moja bajka... Jakbym miała cały dzień siedzieć w papierach, to chyba bym siedziała i płakała. Należę do ludzi, którzy są kreatywni, lubią robić codziennie coś innego, coś od siebie dać – mówi kaletnik Barbara Łukaszewska.

 

Pracę ze skórą pokochała bardzo szybko, choć nie od razu znalazła swoją życiową drogę. Ucząc się w szkole rolniczej w Grabonogu, była wysyłana na tzw. praktyki. Zbieranie kamieni po polu nie podobało jej się. - Ja, dziewczyna z miasta, nawet nie umiem dobrze grabi trzymać i haczki – mówi. Bywając u koleżanki, podpatrywała jej rodziców, którzy zajmowali się chałupnictwem. Bardzo spodobały jej się wtedy portfele i skórzane paski. Zamarzył jej się zawód kaletnika. Ciągnęło ją do maszyny. - Gdy pierwszy raz usiadłam do maszyny myślałam, że poprzeszywam sobie palce. Ale spodobało mi się i wychodziło mi to – stwierdza Barbara Łukaszewska. Szybko odnalazła się jako pracownik w gostyńskiej fabryce skór. Szef zauważył, że „jest bystra”, więc często zastępowała innych. Kolejne 19 lat pracowała w firmie tapicerskiej w dziale kontroli. Tam starała się zapamiętywać wzory i uczyła się dokładności. - W domu szyłam sobie torebki, interesowałam się tym, co jest na topie. Szyłam dla rodziny poduszki, etui, torby, spódniczki i inne proste rzeczy – wspomina.

Czasem trzeba dowalić młotkiem

Gdy nabrała doświadczenia, postanowiła rozpocząć przygodę z własnym biznesem. Marzył jej się zakład, w którym szyłaby tylko torebki i wyroby galanteryjne. Życie zweryfikowało jednak marzenia. - Nie czarujmy się, na samych torebkach bym nie dała rady. Zaczęło się od jednej, drugiej klientki, namawiały mnie, aby wszyła im rękaw, skróciła coś, przerobiła skórzaną kurtkę. Otworzyłam więc zakład nie typowo kaletniczy, a krawiecko-kaletniczy – relacjonuje. Na brak zleceń nie narzeka. Klienci proszą nie tylko o skórzane przeróbki, ale też większe formaty – tapicerkę czy naprawę mebli ogrodowych. Tym bardziej, że kaletników w okolicy brakuje. - To zawód, który jest ciężki. Na początku klienci byli zdziwieni, że ja tutaj jestem, a nie jakiś facet. Trzeba „walnąć” młotkiem, dobić nit, zatrzaskę, czy zabukować cokolwiek. Do tego trzeba mieć siłę – wyjaśnia. Łamie stereotypy - kaletnik wcale nie musi być mężczyzną. Co potwierdza fakt, że kiedy uczyła się zawodu, w klasie miała same dziewczęta.

Drugie życie skóry

Torebki szyje także dla siebie. Nie zdarza jej się kupować galanterii w sklepie. Wyjątkiem są portfele, które są pracochłonne, a praca z klejem jest szkodliwa. Klientki pani Basi często przychodzą z wizją własnej torebki do zrealizowania. Określają wielkość i kolor, a estetykę zostawiają specjalistce. Zwykle działa to na zasadzie „widziałam u kogoś i bardzo mi się podobała”. Bywa, że proszą o nadanie skórze drugiego życia. - Panie przynoszą np. fajną kurtkę. Mają do niej sentyment i nie chciałyby wyrzucać. Z tego można zrobić bardzo fajną torebkę czy plecak. Czasem skrawki zostaną i można dorobić kosmetyczkę lub etui – mówi Barbara Łukaszewska. Uważa, że skóra jest zawsze czymś „wow”. Towarem luksusowym, a więc i droższym. - Nie ściera się, nie pękają paski, nic się z nią nie dzieje. Większość klientów woli wydać większe pieniądze na buty i torebki ze skóry, bo twierdzą, że wtedy nie wyrzucają pieniędzy. Najczęściej są to wtedy kolory pośrednie – rude, jasnobrązowe, beżowe. To dobrze wygląda cały rok – mówi.

Ratuje produkty

Najczęściej naprawia torebki i przerabia kurtki, także te motorowe. To praca sezonowa: zimą klienci przynoszą buty, płaszcze i futerka, z kolei latem wykonuje usługi krawieckie, naprawia żagle, uciążliwe ogrodowe parasole i namioty. Zapytana o najbardziej oryginalne zlecenie stwierdza, że było to etui na maczetę dla stałego klienta – pasjonata militariów. Zdarzyło jej się także szyć „plandekę” do zabytkowego samochodu. - To był dach z bocznymi oknami, musiałam uszyć na wzór starego. To było trudne zadanie, wymagało dużej precyzji, ale ja lubię wyzwania – opisuje.

Mówi się, że w dzisiejszych czasach zamiast naprawiać, lepiej wyrzucić. Klienci pani Basi są przykładem, że nie jest to regułą. - Ludzie widzą, że zakupiony towar można ratować, więc ja go ratuję – zapewnia. Najgorzej, gdy rozpada się torebka czy buty znanej firmy. Klienci wręcz trzęsą się z nerwów, prosząc o pomoc! Częściej zakład odwiedzają ludzie starsi, ale zdaniem pani kaletnik – to ci młodsi są bardziej wymagający.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE