W centrum Gostynia w latach 60. i 70. powstały dwa bloki nauczyciela - tak potocznie nazywano budynki wielorodzinne, usytuowane przeważnie bezpośrednio przy placówkach oświatowych. Mieszkańcy jednego z nich spotkali się na jubileuszowym pikniku. Podczas letnich wakacji 2026 roku minęło 50 lat odkąd do budynku przy ul. Marchlewskiego 11 (obecnie ul. Wrocławska) wprowadzili się pierwsi lokatorzy.
W budynku, który stanął w sąsiedztwie gostyńskiego „ogólniaka”, zamieszkało 16 rodzin. W każdej z nich przynajmniej jedna osoba z zawodu była nauczycielem. Blok wybudował gostyński PPBRol nieprzypadkowo w tym miejscu. Mieszkania nauczycielskie często projektowano bezpośrednio przy nowo wznoszonych lub rozbudowywanych placówkach oświatowych. W latach 60. ubiegłego wieku w Gostyniu nastąpił dynamiczny rozwój infrastruktury szkolnej - powstawał obiekt szkoły podstawowej nr 2, a także „tysiąclatki” czyli szkoły nr 3. A to oznaczało, że do niewielkiego miasta należało przyciągnąć kadrę pedagogiczną. Proces ten wiązał się z oddawaniem do użytku lokali mieszkalnych dla nauczycieli.
- O tym, że w tym roku mija 50 lat odkąd pierwsi lokatorzy zamieszkali w bloku nauczycielskim przypomniał nam pan Andrzej Grześkowiak. W 1976 roku pierwsi mieszkańcy wprowadzali się właśnie w tym letnim okresie - powiedziała Paulina Piecuch, córka Urszuli Piecuch, która z początkiem lat 80. ubiegłego wieku została dyrektorką w przedszkolu nr 4 w Gostyniu.
Młodsze pokolenie uznało, że należy przygotować coś szczególnego z tej okazji.
Zintegrowana społeczność ucieszyła ze spotkania po pięciu dekadach
Nie jest tajemnicą fakt, że zintegrowana społeczność bloku nauczycielskiego, wybudowanego przy ul. Marchlewskiego 11, w sąsiedztwie liceum ogólnokształcącego w Gostyniu, słynęła z tego, że organizowała różnego rodzaju pikniki - dziś wspominane z dużym sentymentem i wzruszeniem. Młodsze pokolenie z rodzin nauczycielskich również zorganizowało spotkanie w plenerze pod namiotami, z grillem. Uczestnictwo zadeklarowały 52 osoby, to niemało biorąc pod uwagę wakacyjny czas.
W ten sposób, po 50 latach dawni i obecni lokatorzy spotkali się na wyjątkowym pikniku. Z tej okazji powstał specjalny baner, była miniwystawa, na której pojawiły się zdjęcia nie tylko bloku i otoczenia, ale też z (po)weselnej imprezy w jednej z nauczycielskich rodzin, przygotowano dania z grilla. To dowód, że sąsiedzi bloku nauczycielskiego byli bardzo zżytą społecznością.
Jak opowiadali lokatorzy, uroczystość weselna odbywała się co prawda w wynajętej sali, ale imprezę dla sąsiadów zorganizowano już przed blokiem. Ze wspomnień wynika, że bardzo często finał lub poprawiny po hucznej rodzinnej uroczystości odbywały się przed blokiem, przyjmując formę pikniku czy biesiady. Z archiwalnych materiałów wygrzebano również dokumentacje różnego rodzaju projektów technicznych. Budynek miał być początkowo przeznaczony dla 12 rodzin, później zapadła decyzja o dobudowaniu najwyższej kondygnacji.
Uczestnicy wyjątkowego spotkania oglądając po latach zdjęcia przyniesione z prywatnych albumów, z entuzjazmem, nie kryjąc wzruszenia, wspominali „dawne czasy”.
- Było fajnie, chociaż biednie. Ludzie sobie tak nie zazdrościli, wszyscy mniej więcej żyli na jednakowym poziomie materialnym, żyliśmy bez zawiści. Za granicę nie można było wyjechać, najwyżej nad jezioro. Samochód to syrenka, później zamieniana na malucha - przekazywali lokatorzy "bloku nauczycielskiego", wspominając życie w czasach PRL-u, pod adresem Marchlewskiego 11.
Mieszkania w opłakanym, surowym stanie
Andrzej Grześkowiak, emerytowany nauczyciel historii gostyńskiego liceum, wrócił do 1976 roku. Średnia wieku lokatorów - 35-40 lat, młode rodziny. Dochodziło do sytuacji, że lokatorzy, ktorzy chcieli dostać większe mieszkanie, szybko wcześniej zawierali związek małżeński.
- Zasiedlanie bloku rozpoczęło się w czerwcu. Do końca wakacji tutaj trwały remonty - wspominał.
Mieszkania miały być w surowym stanie, ale były raczej „w opłakanym”, z licznymi usterkami (budowane w czasach PRL-u, kiedy materiałów brakowało, więc nawet na placu budowy beton rozkradano). Krusząca się podłoga, ściany z „dziurami”, nieszczelne okna.
- Podłoga się zarywała. W związku z tym inspektorat wymyślił pewien sposób, aby zlikwidować te „usterki”. Dostaliśmy płyty pilśniowe, dostaliśmy „lentex” [wykładziny podłogowe - przyp. red.] i na te podłogi zarywające się położyliśmy sobie te płyty plus ten lentex, ale przyklejony subitem [czarną masą "bitumiczną”- przyp. red.]. Ściany wyglądały tak, jakby ktoś wcześniej strzelał w nie karabinem maszynowym. Były pełne dziur, z widocznymi kawałkami wapna. wymagały szpachlowania. Do końca wakacji 1976 roku trwały tutaj remonty. Spod tych pilśniowych płyt wychodził kurz, zawiewana podłoga cały czas pracowała i był bałagan, kurz. Dopiero później, po latach, chyba wszyscy mieszkańcy wymienili podłogi na porządne, takie betonowe, które się nie sypią - opowiadał Andrzej Grześkowiak.
Pomógł telefon od I sekretarza komitetu wojewódzkiego PZPR
Jak można było dostać się na listę „mieszkaniową”? Władysław Terech, emerytowany dyrektor ZSZ w Gostyniu przypomniał. że należało złożyć wniosek do inspektoratu. Następnie powoływano komisję, która sprawdzała, czy ktoś wynajmuje mieszkanie, czy jest na stancji, jak wiele rodzin wówczas.
- Najpierw wpisywaliśmy się na listę - to było na początku roku 1976, a dopiero w czerwcu inspektorat wydawał decyzję o przydziale. Myśmy byli też wpisani na liście, ale nagle w czerwcu okazało się, że moje nazwisko spadło z tej listy. Żona wcześniej bardzo się cieszyła, że od teściów z Placu Karola Marcinkowskiego tutaj się przeniesiemy. Kupiliśmy meble kuchenne, przechowywane u mamy na strychu. I nagle nie mamy mieszkania. Czym prędzej udałem się wtedy do inspektoratu. Pytam: panie inspektorze, dlaczego? Co się dzieje? A on mówi: kolego my już byśmy wam dali, ale czynniki polityczne, czyli partia. Poleciałem do Stanisława Sawickiego - I sekretarza Komitetu Miejsko-Gminnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Gostyniu. To była ponura sobota. Dyskusja była głośna, zaczynałem się unosić. Usłyszałem: ja tu rządzę, ja muszę mieć mieszkanie dla muzyka. Wy, towarzysze, nie możecie sobie mieszkać w bloku, bo wyście tam wpisani. Byliśmy rozżaleni. Co robić? Trzeba było inaczej do tego podejść. Moja żona już pracowała w Lesznie, w Wojewódzkim Związku Rolniczych Spółdzielni Produkcyjnych, prezesem był Zgoła, były sekretarz i poszła do niego. Była znajomą jego żony. Pan Zgoła udał się wtedy do sekretariatu wojewódzkiego PZPR. Później był telefon do Gostynia: towarzyszu Sawicki, dajcie mieszkanie Grześkowiakom. Sprawa wyjaśniła się w sierpniu. Byliśmy ostatnią rodziną, która dostała tutaj to mieszkanie, dlatego też musiałem się spieszyć, żeby do końca wakacji to mieszkanie jakoś wyremontować - wspominał z uśmiechem Andrzej Grześkowiak.
Na piknik, przygotowany w słoneczną sobotę, w połowie sierpnia, zjeżdżały się rodziny (drugie, a nawet trzecie pokolenie mieszkańcow), których codzienne życie toczy się już poza Gostyniem. Cofając się o 50 lat, opowiadali o trzepaku, piaskownicy, drzewie, ogródkach działkowych i przyległych zielonych terenach za płotem, które razem, w czasach PRL-u stanowiły oryginalny plac zabaw.
- W bloku była pralnia, suszarnia, świetlica. Pamiętam, jak mogłem dostać się do swojej piwnicy, kiedy kluczy zapomniałem - wspomiał Maciej Czajka.
- W ogrodzeniu gostyńskiego liceum, zamykającym nasz plac była dziura. Za tym murem były szopy, wiaty, po drzewach wchodziliśmy na płot, na dach i już bylismy na szkolnym boisku - dodała Beata.
Komentarze (0)