Służby w gospodarstwie rolników w miejscowości Kwik (województwo warmińsko-mazurskie) pojawiły się po tym, jak do Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Piszu przyszedł anonim dotyczący warunków, w których żyją tam zwierzęta. Do akcji włączyli się inspektorzy OTOZ Animals Działdowo i OTOZ Animals Olsztyn, a także członkowie organizacji Pogotowania dla Zwierząt i fundacji Pańska Łaska. Po tym, co zastali na miejscu wezwano kolejne służby - policję i prokuraturę.
Nie mogły wyjść z gnojownicy. Drogę blokowały padłe zwierzęta
Wolontariusze, lekarze weterynarii, przedstawiciele gminy, a także strażacy przez wiele godzin ratowali zwierzęta, które tonęły we własnych odchodach. Interwencja rozpoczęła się w piątek, 19 sierpnia i trwała do niedzieli. Warto nadmienić, że osoby, które pojawiły się w gospodarstwie, nie przerwały swoich działań nawet w nocy. Właściciele tego obozu dla zwierząt - 59-letnia matka i jej 36-letni syn - zostali zatrzymani przez policję i usłyszeli zarzuty znęcania się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem.
Stado miało liczyć 90 krów, na miejscu okazało się, że przeżyło około 50, z czego wiele zwierząt było skrajnie wyczerpanych i zagłodzonych. Sytuacja dotyczyła zarówno dorosłych zwierząt, jak i cielaków. Wiadomo było, że nie wszystkie przeżyją, w przypadku kolejnych lekarze weterynarii musili podjąć trudną decyzję o eutanazji. Bydło samo nie było w stanie wyjść z obornika, ponieważ było zbyt słabe, a poza tym drogę blokowały im zwłoki padłych zwierząt. Nie do końca pomogło częściowe wypompowanie szamba. Wolontariusze opowiadają, że podczas wydobywania bydła z obory trzeba było trzymać zwierzętom głowy - inaczej mogły się utopić.
Służbom pomagali okoliczni rolnicy
Grzegorz Bielawski z Pogotowia dla Zwierząt przyznał w mediach społecznościowych, że zwierzęta zostały przetransportowane w "bezpieczne miejsce, gdzie są dalej leczone i dochodzą do siebie". Wiadomo, że przeżyły 44 krowy.
Sam ładunek tych zwierząt był bardzo ciężki. Wiadomo, krowa nie waży 10 kilogramów i nikt z nas nie miał siły, aby te zwierzęta po prostu do samochodów zapakować. Tutaj z pomocą ruszyli rolnicy, mieszkańcy wsi, którzy za pomocą odpowiedniego sprzętu załadowali zwierzęta specjalnymi chwytakami - mówi.
Przyznaje, że widok może niektórych szokować, jednak nie było żadnej innej możliwości, aby to zrobić.
Te zwierzęta były już cierpiące, więc musieliśmy działać szybko - dodaje.
Jak zwykle, niezwykle pomocne okazało się wsparcie strażaków, którzy polewali wydobyte z obory krowy wodą. Interwencja obywała się w temperaturze ponad 30 stopni. Bielawski podkreśla dobre, wspólne działania wszystkich służb i wolontariuszy, którzy brali udział w akcji.
Te działania były jak najbardziej wspólne i prawidłowe, nikt się o nie nie kłóci, bo wszyscy wiemy, że trzeba je uratować - podkreśla.
Walka o życie zwierząt trwa. Zapewne przez długi czas będą one musiały przebywać pod opieką lekarzy weterynarii. Dlatego też zorganizowano zbiórkę, aby mieć pieniądze na ich dalsze leczenie. Szczegóły poniżej.
Komentarze (0)